czwartek, 18 kwietnia 2013

Przecinanie pępowiny...

Czas pędzi nieubłaganie. Tak pędził ostatnio, że nawet nie zauważyłam, kiedy zrobiła się taka przerwa w blogowaniu!
Jednak prawda jest taka, że w moim wypadku pisanie na siłę się zwyczajnie nie sprawdza. Źle się toto czyta, nic dobrego nie wnosi.

Życie pochłonęło mnie całkowicie, pozwalając jedynie cierpliwie czekać na świeży, wiosenny powiew weny.

Tak, moi mili, nareszcie wiosna! Nawet tu, w naszej górskiej miejscowości, więcej zieleni już, niż śniegu. Chociaż nadal spogląda gdzieniegdzie złym okiem jakaś zapomniana, kurcząca się zaspa.
Wiosna. Świat budzi się do życia. Nadszedł czas, w którym więcej się zaczyna, niż kończy.
Czas, w którym możemy poznać siebie na nowo. Spojrzeć na siebie w nowym świetle.

I jak tak na siebie patrzę, to wygląda na to, że będę piekielnie nadopiekuńczym rodzicem. 
Odkąd przeprowadziliśmy się z mieściny gdzieś w centrum Śląska w te górskie okoliczności przyrody, nasza rodzinka powiększyła się. Wyjeżdżaliśmy z psem li i jedynie. A teraz? Toż to już porządne stado!
Postanowiliśmy wreszcie odwiedzić stare kąty, spotkać przyjaciół, rodzinę... Ale jak tu się do tego zabrać?
W moim rodzinnym mieszkanku bilans po naszym przyjeździe wynosiłby dwa psy i dwa koty. Na bardzo małej przestrzeni.
W Jego rodzinnym mieszkanku bilans ten zatrważający to już trzy psy i dwa koty.
A mieszkanie od wyżej wymienionego jeszcze mniejsze.

I trach - K. postanowił zrzucić na mnie tę straszliwą wiadomość!
Któregoś wieczoru rzekł: 
"A może pojedziemy bez kotów?".
Oczywiście to tylko pięć dni. I w pobliżu będzie ktoś, kto kociska nakarmi i sprzątnie kuwetę.
Ale to pięć dni, kiedy nie będę ich widzieć! Pięć dni, kiedy nikt ich nie przytuli, nie zasną z nikim w fotelu, drapane za uchem... Pięć dni, kiedy będę się zastanawiać, czy żyją, czy nie uciekły, jak sobie radzą...
O tak, wiem. Zdaję sobie sprawę, że brzmię jak nadopiekuńcza mamusia. Najwyższy czas przeciąć pępowinę. 
Bogowie... Czy to zawsze jest takie trudne?