Czas pędzi nieubłaganie. Tak pędził ostatnio, że nawet nie zauważyłam, kiedy zrobiła się taka przerwa w blogowaniu!
Jednak prawda jest taka, że w moim wypadku pisanie na siłę się zwyczajnie nie sprawdza. Źle się toto czyta, nic dobrego nie wnosi.
Życie pochłonęło mnie całkowicie, pozwalając jedynie cierpliwie czekać na świeży, wiosenny powiew weny.
Tak, moi mili, nareszcie wiosna! Nawet tu, w naszej górskiej miejscowości, więcej zieleni już, niż śniegu. Chociaż nadal spogląda gdzieniegdzie złym okiem jakaś zapomniana, kurcząca się zaspa.
Wiosna. Świat budzi się do życia. Nadszedł czas, w którym więcej się zaczyna, niż kończy.
Czas, w którym możemy poznać siebie na nowo. Spojrzeć na siebie w nowym świetle.
I jak tak na siebie patrzę, to wygląda na to, że będę piekielnie nadopiekuńczym rodzicem.
Odkąd przeprowadziliśmy się z mieściny gdzieś w centrum Śląska w te górskie okoliczności przyrody, nasza rodzinka powiększyła się. Wyjeżdżaliśmy z psem li i jedynie. A teraz? Toż to już porządne stado!
Postanowiliśmy wreszcie odwiedzić stare kąty, spotkać przyjaciół, rodzinę... Ale jak tu się do tego zabrać?
W moim rodzinnym mieszkanku bilans po naszym przyjeździe wynosiłby dwa psy i dwa koty. Na bardzo małej przestrzeni.
W Jego rodzinnym mieszkanku bilans ten zatrważający to już trzy psy i dwa koty.
A mieszkanie od wyżej wymienionego jeszcze mniejsze.
I trach - K. postanowił zrzucić na mnie tę straszliwą wiadomość!
Któregoś wieczoru rzekł: "A może pojedziemy bez kotów?".
Oczywiście to tylko pięć dni. I w pobliżu będzie ktoś, kto kociska nakarmi i sprzątnie kuwetę.
Ale to pięć dni, kiedy nie będę ich widzieć! Pięć dni, kiedy nikt ich nie przytuli, nie zasną z nikim w fotelu, drapane za uchem... Pięć dni, kiedy będę się zastanawiać, czy żyją, czy nie uciekły, jak sobie radzą...
O tak, wiem. Zdaję sobie sprawę, że brzmię jak nadopiekuńcza mamusia. Najwyższy czas przeciąć pępowinę.
Bogowie... Czy to zawsze jest takie trudne?
Mi serce pęka, jak wyjeżdżam z rodzinnej miejscowości i jadę na studia, gdzie mam tylko mało interaktywne świnki morskie. A co z moimi dwoma kotami? I know that feel, sis.
OdpowiedzUsuńŚwinki morskie i tak bardziej interaktywne niż rybki na przykład (;
UsuńChociaż jak byłam mała i mieliśmy akwarium to jak się włożyło palec do wody ryby podpływały jakby się chciały dać pogłaskać, więc w sumie też potrafią sprawiać radość (;
Tssst, Revv! Powinnaś dostać odznakę Pierwszego Komentatora!
Joł ho ho! Proszę co za niespodzianka Mooniak bloguje :D Napisz koniecznie jak przeżyliście rozłąkę i czy dom się ostał w jednym kawałku ;) Pozdrawiamy ciepło! Może by jakie spotkanie nam wypaliło znowu? Może tym razem doturlacie się do Żywca? B&K
OdpowiedzUsuńO Kochani, napiszemy na pewno! Czuję, że to będzie temat na kolejną notkę jak znalazł, szczególnie po dzisiejszym pobojowisku, co to koty urządziły... ;)
UsuńTen Żywiec za nami chodzi krok w krok, czuję, że to już coraz bliżej :)
I jak było? :D
OdpowiedzUsuń~T.
Jakoś przetrwaliśmy i my i koty. Chociaż pewnie ja to bardziej przeżyłam, niż one. Ale o tym być może następna notka (;
Usuń