Czy wspominałam już kiedyś, jak bardzo doceniam znajomość języka angielskiego? Nie? No więc doceniam. Bardzo.
Któregoś dnia, parę ładnych lat temu, olśniło mnie:
"Hej! Przecież dzięki temu mogę porozumieć się z ludźmi na całym świecie! Angielski daje mi tyyyyle możliwości rozwoju i poznawania świata!"
Tak, byłam tym zachwycona. Mogłam rozmawiać z ludźmi z Chin nie wychodząc z domu. Jasne, bez internetu nie byłoby to możliwe. Ale bez znajomości angielskiego również.
Nie raz już i nie dwa język ten przydał mi się w pracy, czy to przy pisaniu maili, rozmowach telefonicznych czy rozmowach na żywo, z ludźmi z różnych stron świata, którzy jakimś niesamowitym sposobem trafiali do naszego małego sklepu z grami.
Jednak czasem znajomość języka obcego to przekleństwo.
Obecnie czytam drugi tom Malazańskiej Księgi Poległych. Tomiszcze przepastne i o ile historia wciągająca, o tyle nie mogę się jakoś powstrzymać od czytania czegoś dodatkowo w tak zwanym "międzyczasie". Zatem sięgnęłam po jedną z moich ulubionych autorek, jedną z nowszych serii, dopiero niedawno zakończoną. Trzy tomy plus opowiadanie. Czytam i czytam. Wciągam się i lubię. Znając koniec historii sięgnęłam po to opowiadanie, zawieszone w znanym świecie, ale z nieznanymi bohaterami. Około 40. strony koniec... ale książka ma przecież jakieś 90! Co dalej? Ha! Zastawiona pułapka! Oczywiście zorientowałam się dopiero, kiedy w nią wpadłam...
Była to pułapka w postaci dwóch rozdziałów najnowszej książki tej autorki. I po tych dwóch rozdziałach chciałam więcej!
Szukam więc, sprawdzam, gdzie by ją kupić, jak zdobyć, jak przeczytać... I okazuje się, że polskie wydanie przewidziano na koniec września dopiero...
Jakże ja mam wytrwać tak długo?! Przecież muszę wiedzieć już, natychmiast...!
I tu pojawiła się myśl: "To tylko polskie wydanie. Angielskie przecież już gdzieś istnieć musi!".
Więc znalazłam, przy okazji odkrywając najwygodniejszy możliwy elektroniczny format książki (EPUB, jeśli ktoś by się zastanawiał, z odpowiednim czytnikiem zdziała cuda!).
Znalazłam i przez kilka dni chodziłam z nosem w telefonie, jak to Dziecko Neostrady, czy inna życiowa ofiara, tylko dzięki jakimś tajemniczym super-mocom unikając wpadania na latarnie, zaparkowane samochody i przechodniów.
I właśnie przeczytałam! Skończyłam! I co? I pstro! Zanosi się na trylogię... Która jeszcze nawet nie została napisana! Nie zgadzam się, tak nie może być! Przecież kolejne tomy powinny pojawiać się natychmiast po przeczytaniu poprzednich! Na-ten-tychmiast!
Właśnie dlatego znajomość angielskiego może być czasem przekleństwem. Pragniesz więcej i więcej, ale nawet ta znajomość nie może Ci dać tego, czego potrzebujesz najbardziej (tak, dramatyzuję, wiem.)...
Pozostaje mi tylko czekać na polski przekład, bo to oczywista oczywistość, że przeczytam tę książkę jeszcze raz! (;
Łojezu, miałam tak z Potterami, czytałam co prawda ze słownikiem na kolanie, ale musiałam wiedzieć. :P Muszę się w końcu poduczyć tego angielskiego, czuję się taką kaleką lingwistyczną czasami. :P
OdpowiedzUsuńel Gacorro
Nic się nie martw! Ja też się posiłkowałam słownikiem (; głównie z powodu epitetów, nagle okazało się, że znam ich zupełnie niewystarczającą ilość! Ale grunt to dotrzeć do końca książki i wiedzieć! (;
OdpowiedzUsuńJęzyk przydatny jak cholera - niestety. A takie czytanie ma same plusy. :)
OdpowiedzUsuń