Czym jest normalność?
Czy tym, co za normę ma ogół społeczeństwa?
Według mnie to, co normalne, to dla nas sytuacje, które w naszym życiu pojawiają się najczęściej, takie, wśród których wyrastaliśmy i do których przywykliśmy.
To, co jest "normalne" dla dziecka z "dobrego domu", będzie czymś zaskakującym i dziwnym dla dziecka z "patologicznej rodziny".
Dla takiego biednego, smutnego dziecka, normalnym będzie, że rodzice są pod wpływem alkoholu, ojciec bije, matka płacze, a brat jeszcze co innego.
Jeżeli takie dziecko mieszka w otoczeniu innych, podobnych rodzin, będzie się ono tylko utwierdzało w przekonaniu, że tak ma wyglądać życie, że "wszyscy tak mają".
Prędzej czy później to dziecko zauważy oczywiście, że nie zawsze tak jest, nie wszyscy żyją w ten sposób. Może odkryje, że są dzieci, na które w domu czeka obiad każdego dnia, które mogą pograć z tatą w piłkę a z mamą upiec ciasteczka. Może odkryje, że to dzieci, których największym strachem jest myśl, że może zabraknąć ulubionych lodów na podwieczorek.
Co zrobi takie dziecko? Czy pozostanie w tym, co do tej pory uznawało za "normalne", czy spróbuje wyrwać się, stworzyć inne, lepsze życie?
W ciągu ostatnich kilku lat usłyszałam od paru "mądrych głów", że marzenie takiego dziecka o lepszym życiu nie ma prawa się spełnić. "Co wyrasta z patologii pozostanie patologią". Ludzie się oczywiście nie zmieniają, to, co zostało uwarunkowane jako pierwsze, już takie pozostanie na zawsze. Trzeba jak najbardziej przyjąć, że może istnieć jakaś jednostka w granicach "błędu statystycznego", ale przecież to będą nieznaczne odchylenia od założeń.
Mówiąc "mądre głowy" mam na myśli magistrów, profesorów, wykwalifikowanych lekarzy, psychologów i psychiatrów.
W konfrontacji z tym radykalnym poglądem tak wielu wykształconych ludzi, moje własne poglądy wydają mi się małe i nietrafne. Mogę mieć przecież niewystarczającą wiedzę, źle rozumieć temat, wreszcie - być zwyczajnie naiwną osobą.
A jednak nie chcę wierzyć w te słowa.
Nie potrafię pogodzić się z takim założeniem. To by znaczyło, że dla zbyt wielu ludzi w Polsce i na całym świecie zwyczajnie nie ma nadziei.
Bitwa pomiędzy natywizmem a empiryzmem trwa, a zakładać, że istniejemy, mając w sobie po trosze z jednego i drugiego, zwyczajnie nie sposób, gdyż taki pogląd byłby po prostu "miałki i nudny".*
Ja jednak mam wrażenie, że pewne poglądy zawsze będą się przenikały. Możemy sięgać po skrajności lub próbować odnaleźć złoty środek.
Ale nie wolno nam z góry spisywać człowieka na straty tylko przez wzgląd na to, w jakiej rodzinie się urodził, jakie cechy odziedziczył czy jakie zachowania zostały mu wpojone w procesie socjalizacji i wychowania.
*Słowa cytowane za profesorem, z dzisiejszego wykładu.
sobota, 23 listopada 2013
poniedziałek, 14 października 2013
And if you're homesick, give me your hand and I'll hold it...
Ostatnio zaczęłam studia. Nie pierwsze w moim życiu. Jednak pierwsze zajęcia w nowej grupie, w dodatku zaocznie, zapowiadały się hmm... właściwie nie wiem, jak. Ale nie tego się spodziewałam.
Szłam tam z drżącym sercem, myśląc o tych wszystkich ploteczkach słyszanych o weekendowych zajęciach, ogromie pracy i grupach, w których ludzie zwyczajnie nie chcą/nie mają czasu się poznać.
Oczywiście prawda leży sobie gdzieś po środku jak zwykle - na pewno jest co robić w ciągu wolnego od zajęć tygodnia, ale na szczęście nie wszystkie obawy się sprawdziły. Na grupę z pewnością nie mogę narzekać (; .
Szłam tam z drżącym sercem, myśląc o tych wszystkich ploteczkach słyszanych o weekendowych zajęciach, ogromie pracy i grupach, w których ludzie zwyczajnie nie chcą/nie mają czasu się poznać.
Oczywiście prawda leży sobie gdzieś po środku jak zwykle - na pewno jest co robić w ciągu wolnego od zajęć tygodnia, ale na szczęście nie wszystkie obawy się sprawdziły. Na grupę z pewnością nie mogę narzekać (; .
Studiuję w mieście daleko od obecnego domu, za to "o rzut beretem" od tego rodzinnego. Miałam gdzie spać, nie tułałam się w tę i z powrotem co dnia. Z powodu planu zajęć i szeroko pojętej komunikacji miejskiej wracałam pociągiem dopiero w poniedziałkowy poranek. Od razu biegiem do pracy. W pracy trafiła się Koleżanka Nadgodzinka.
Kiedy już udało mi się wyjść... Pks! Po drodze zakupy, długa droga pod górę jedną i drugą i nareszcie jest! Dom!
Kiedy już udało mi się wyjść... Pks! Po drodze zakupy, długa droga pod górę jedną i drugą i nareszcie jest! Dom!
Ta chwila, kiedy usiadłam w wielkim fotelu-gnieździe, a obok mnie ułożyła się Fatum, złożyła swój czarny łepek na moim kolanie i zwyczajnie zasnęła... To jest właśnie chwila bezcenna.
Spokój, bezpieczeństwo, oddech. Miłość.
Istnieją czasem ludzie, których da się określić jednym słowem, jednym zdaniem ewentualnie.
W moim przypadku to zdanie brzmi: "Otwarta gaduła". Uwielbiam spotykać nowych ludzi, wymieniać poglądy, dyskutować, śmiać się, dowiadywać nowych rzeczy, poznawać świat.
Ale kiedy wreszcie wracam do domu, po całym takim intensywnym dniu, błogosławieństwem jest ciepła herbata, kot na głowie i książka.
Każde życie opiera się na jakichś filarach. Jak dom. Takimi filarami w moim życiu są zwierzaki. I chyba powie to każdy przyjaciel/opiekun Braci Mniejszych - kiedy już raz otworzysz drzwi przed jednym psem, kotem, królikiem, kanarkiem... Już nie da się ich zamknąć.
Dobrze jest wrócić do domu.
czwartek, 12 września 2013
It's a trap!
Czy wspominałam już kiedyś, jak bardzo doceniam znajomość języka angielskiego? Nie? No więc doceniam. Bardzo.
Któregoś dnia, parę ładnych lat temu, olśniło mnie:
"Hej! Przecież dzięki temu mogę porozumieć się z ludźmi na całym świecie! Angielski daje mi tyyyyle możliwości rozwoju i poznawania świata!"
Tak, byłam tym zachwycona. Mogłam rozmawiać z ludźmi z Chin nie wychodząc z domu. Jasne, bez internetu nie byłoby to możliwe. Ale bez znajomości angielskiego również.
Nie raz już i nie dwa język ten przydał mi się w pracy, czy to przy pisaniu maili, rozmowach telefonicznych czy rozmowach na żywo, z ludźmi z różnych stron świata, którzy jakimś niesamowitym sposobem trafiali do naszego małego sklepu z grami.
Jednak czasem znajomość języka obcego to przekleństwo.
Obecnie czytam drugi tom Malazańskiej Księgi Poległych. Tomiszcze przepastne i o ile historia wciągająca, o tyle nie mogę się jakoś powstrzymać od czytania czegoś dodatkowo w tak zwanym "międzyczasie". Zatem sięgnęłam po jedną z moich ulubionych autorek, jedną z nowszych serii, dopiero niedawno zakończoną. Trzy tomy plus opowiadanie. Czytam i czytam. Wciągam się i lubię. Znając koniec historii sięgnęłam po to opowiadanie, zawieszone w znanym świecie, ale z nieznanymi bohaterami. Około 40. strony koniec... ale książka ma przecież jakieś 90! Co dalej? Ha! Zastawiona pułapka! Oczywiście zorientowałam się dopiero, kiedy w nią wpadłam...
Była to pułapka w postaci dwóch rozdziałów najnowszej książki tej autorki. I po tych dwóch rozdziałach chciałam więcej!
Szukam więc, sprawdzam, gdzie by ją kupić, jak zdobyć, jak przeczytać... I okazuje się, że polskie wydanie przewidziano na koniec września dopiero...
Jakże ja mam wytrwać tak długo?! Przecież muszę wiedzieć już, natychmiast...!
I tu pojawiła się myśl: "To tylko polskie wydanie. Angielskie przecież już gdzieś istnieć musi!".
Więc znalazłam, przy okazji odkrywając najwygodniejszy możliwy elektroniczny format książki (EPUB, jeśli ktoś by się zastanawiał, z odpowiednim czytnikiem zdziała cuda!).
Znalazłam i przez kilka dni chodziłam z nosem w telefonie, jak to Dziecko Neostrady, czy inna życiowa ofiara, tylko dzięki jakimś tajemniczym super-mocom unikając wpadania na latarnie, zaparkowane samochody i przechodniów.
I właśnie przeczytałam! Skończyłam! I co? I pstro! Zanosi się na trylogię... Która jeszcze nawet nie została napisana! Nie zgadzam się, tak nie może być! Przecież kolejne tomy powinny pojawiać się natychmiast po przeczytaniu poprzednich! Na-ten-tychmiast!
Właśnie dlatego znajomość angielskiego może być czasem przekleństwem. Pragniesz więcej i więcej, ale nawet ta znajomość nie może Ci dać tego, czego potrzebujesz najbardziej (tak, dramatyzuję, wiem.)...
Pozostaje mi tylko czekać na polski przekład, bo to oczywista oczywistość, że przeczytam tę książkę jeszcze raz! (;
Któregoś dnia, parę ładnych lat temu, olśniło mnie:
"Hej! Przecież dzięki temu mogę porozumieć się z ludźmi na całym świecie! Angielski daje mi tyyyyle możliwości rozwoju i poznawania świata!"
Tak, byłam tym zachwycona. Mogłam rozmawiać z ludźmi z Chin nie wychodząc z domu. Jasne, bez internetu nie byłoby to możliwe. Ale bez znajomości angielskiego również.
Nie raz już i nie dwa język ten przydał mi się w pracy, czy to przy pisaniu maili, rozmowach telefonicznych czy rozmowach na żywo, z ludźmi z różnych stron świata, którzy jakimś niesamowitym sposobem trafiali do naszego małego sklepu z grami.
Jednak czasem znajomość języka obcego to przekleństwo.
Obecnie czytam drugi tom Malazańskiej Księgi Poległych. Tomiszcze przepastne i o ile historia wciągająca, o tyle nie mogę się jakoś powstrzymać od czytania czegoś dodatkowo w tak zwanym "międzyczasie". Zatem sięgnęłam po jedną z moich ulubionych autorek, jedną z nowszych serii, dopiero niedawno zakończoną. Trzy tomy plus opowiadanie. Czytam i czytam. Wciągam się i lubię. Znając koniec historii sięgnęłam po to opowiadanie, zawieszone w znanym świecie, ale z nieznanymi bohaterami. Około 40. strony koniec... ale książka ma przecież jakieś 90! Co dalej? Ha! Zastawiona pułapka! Oczywiście zorientowałam się dopiero, kiedy w nią wpadłam...
Była to pułapka w postaci dwóch rozdziałów najnowszej książki tej autorki. I po tych dwóch rozdziałach chciałam więcej!
Szukam więc, sprawdzam, gdzie by ją kupić, jak zdobyć, jak przeczytać... I okazuje się, że polskie wydanie przewidziano na koniec września dopiero...
Jakże ja mam wytrwać tak długo?! Przecież muszę wiedzieć już, natychmiast...!
I tu pojawiła się myśl: "To tylko polskie wydanie. Angielskie przecież już gdzieś istnieć musi!".
Więc znalazłam, przy okazji odkrywając najwygodniejszy możliwy elektroniczny format książki (EPUB, jeśli ktoś by się zastanawiał, z odpowiednim czytnikiem zdziała cuda!).
Znalazłam i przez kilka dni chodziłam z nosem w telefonie, jak to Dziecko Neostrady, czy inna życiowa ofiara, tylko dzięki jakimś tajemniczym super-mocom unikając wpadania na latarnie, zaparkowane samochody i przechodniów.
I właśnie przeczytałam! Skończyłam! I co? I pstro! Zanosi się na trylogię... Która jeszcze nawet nie została napisana! Nie zgadzam się, tak nie może być! Przecież kolejne tomy powinny pojawiać się natychmiast po przeczytaniu poprzednich! Na-ten-tychmiast!
Właśnie dlatego znajomość angielskiego może być czasem przekleństwem. Pragniesz więcej i więcej, ale nawet ta znajomość nie może Ci dać tego, czego potrzebujesz najbardziej (tak, dramatyzuję, wiem.)...
Pozostaje mi tylko czekać na polski przekład, bo to oczywista oczywistość, że przeczytam tę książkę jeszcze raz! (;
sobota, 10 sierpnia 2013
Nie daj się zwariować
Tak. Wiem. Pisuję niezwykle rzadko. Sześć notek od początku roku to nie jest szałowy wynik.
Jednakże w częstszym pisaniu przeszkadzają mi dwie rzeczy:
1) przekonanie, iż pisanie na siłę prowadzi niechybnie do czytania na siłę... Jeśli mam wenę - to się po prostu czuje, czyta się jakoś lekko, przyjemnie, bez spiny.
2) zwyczajnie... nie mam czasu. I właśnie o tym dzisiejsza notka.
Przypadkiem w pewien poniedziałek odwiedziły mnie trzy koleżanki Nadgodzinki. Dwie z nich tak bardzo za mną tęskniły, że przyszły jeszcze we wtorek rano. Później już z górki: środa, czwartek, piątek, sobota i niedziela w pracy.
Na szczęście to tylko jeden tak intensywny tydzień. Jednak jest to tydzień, w którym dla psotków mam już tylko dobre słowo i nasenne przytulanki. Koty to pół biedy, one z natury lubią leniuchować i wystarczy im, że mogą spać na człowieku. Ale Fatum?
Dotarło do mnie, że moja kochana psinka jest ostatnio odrobinkę cóż... zaniedbana. Nie brakuje jej niczego, oprócz obecności jednego z dwóch jej człowieków.
Postanowiłam zatem przeredagować odrobinkę swoje życie, na urodziny zażyczyłam sobie specjalny osprzęt i TA-DAM. Już od pewnego czasu biegam z psem.
Specjalny osprzęt to pas ze smyczą amortyzującą szarpnięcia (ten zakupiony przeze mnie daje radę z pieskami do 40 kg, mój psiak waży jakieś 13 kg, więc nie narzekam), a bieganie zdarza się na razie 3 razy w tygodniu po pół godziny.
Być może ktoś powie "krótko i rzadko!", ale trzeba wziąć pod uwagę swoje własne możliwości oraz predyspozycje psiaka. Fatuma jest posturą podobna do charta czy dalmatyńczyka, tyle że o wiele mniejsza. Jest przyzwyczajona do biegania z prędkością światła gdziekolwiek zechce.
Konieczność dostosowania tempa do człowieka, który wlecze się za nią jest sporym wyzwaniem. Pod koniec zwykle zaczyna podgryzać smycz z irytacji, ale wierzę, że do wszystkiego się przyzwyczai - tak, jak do regularnego zakraplania środkami przeciw pchłom i kleszczom czy mycia zębów (oczywiście psią pastą!).
Wiem, że czasem ciężko jest zmotywować się do zmian, szczególnie osobom, które ogólnie mają tendencję do odkładania wszystkiego na później (a takich jest coraz więcej - czego dowodzi popularność słowa prokrastynacja). Jednak czasem warto zastanowić się nad tym, co jest naprawdę ważne. W moim przypadku - ważniejsze niż własna wygoda (odrobinę krótszy sen, gdyż biegamy rano) była radość zmęczonego ulubionym zajęciem psa, który po powrocie opróżnia pół miski z wodą, a później drzemie przez jakiś czas i być może śni o mijanych rowerzystach lub spotkanych po drodze kotach i psach.
Jednakże w częstszym pisaniu przeszkadzają mi dwie rzeczy:
1) przekonanie, iż pisanie na siłę prowadzi niechybnie do czytania na siłę... Jeśli mam wenę - to się po prostu czuje, czyta się jakoś lekko, przyjemnie, bez spiny.
2) zwyczajnie... nie mam czasu. I właśnie o tym dzisiejsza notka.
Przypadkiem w pewien poniedziałek odwiedziły mnie trzy koleżanki Nadgodzinki. Dwie z nich tak bardzo za mną tęskniły, że przyszły jeszcze we wtorek rano. Później już z górki: środa, czwartek, piątek, sobota i niedziela w pracy.
Na szczęście to tylko jeden tak intensywny tydzień. Jednak jest to tydzień, w którym dla psotków mam już tylko dobre słowo i nasenne przytulanki. Koty to pół biedy, one z natury lubią leniuchować i wystarczy im, że mogą spać na człowieku. Ale Fatum?
Dotarło do mnie, że moja kochana psinka jest ostatnio odrobinkę cóż... zaniedbana. Nie brakuje jej niczego, oprócz obecności jednego z dwóch jej człowieków.
Postanowiłam zatem przeredagować odrobinkę swoje życie, na urodziny zażyczyłam sobie specjalny osprzęt i TA-DAM. Już od pewnego czasu biegam z psem.
Specjalny osprzęt to pas ze smyczą amortyzującą szarpnięcia (ten zakupiony przeze mnie daje radę z pieskami do 40 kg, mój psiak waży jakieś 13 kg, więc nie narzekam), a bieganie zdarza się na razie 3 razy w tygodniu po pół godziny.
Być może ktoś powie "krótko i rzadko!", ale trzeba wziąć pod uwagę swoje własne możliwości oraz predyspozycje psiaka. Fatuma jest posturą podobna do charta czy dalmatyńczyka, tyle że o wiele mniejsza. Jest przyzwyczajona do biegania z prędkością światła gdziekolwiek zechce.
Konieczność dostosowania tempa do człowieka, który wlecze się za nią jest sporym wyzwaniem. Pod koniec zwykle zaczyna podgryzać smycz z irytacji, ale wierzę, że do wszystkiego się przyzwyczai - tak, jak do regularnego zakraplania środkami przeciw pchłom i kleszczom czy mycia zębów (oczywiście psią pastą!).
Wiem, że czasem ciężko jest zmotywować się do zmian, szczególnie osobom, które ogólnie mają tendencję do odkładania wszystkiego na później (a takich jest coraz więcej - czego dowodzi popularność słowa prokrastynacja). Jednak czasem warto zastanowić się nad tym, co jest naprawdę ważne. W moim przypadku - ważniejsze niż własna wygoda (odrobinę krótszy sen, gdyż biegamy rano) była radość zmęczonego ulubionym zajęciem psa, który po powrocie opróżnia pół miski z wodą, a później drzemie przez jakiś czas i być może śni o mijanych rowerzystach lub spotkanych po drodze kotach i psach.
środa, 19 czerwca 2013
Całego świata nie uratujesz
Większość z nas używa popularnych portali społecznościowych. Nie wszyscy, ale zdecydowanie większość.
Każdego dnia na takich portalach ludzie tworzą mnóstwo pro zwierzęcych ogłoszeń. Od tych najbardziej w moim odczuciu bezsensownych (w stylu 1 like = 1 zł ... bo kto niby te złotówki powypłaca? Hm?) po naprawdę przemyślane prośby pomocy lub propozycje wsparcia.
Dobrze, że znajdują się ludzie, którym los zwierzaków nie jest obojętny. Dobrze też, że nie pomija się w tym wszystkim również psich czy kocich opiekunów.
Ostatnio natrafiłam na świetną akcję prowadzoną przez psygarnij.pl pomagającą właścicielom znaleźć tymczasowe domy dla pociech, kiedy ci wybierają się na wakacje.
Oczywiście są ludzie, którzy lubią podróżować ze swoimi psiakami, szczególnie, że pies może towarzyszyć człowiekowi w coraz większej ilości miejsc publicznych (jak hotele czy restauracje).
Są i tacy, którzy, nie mogąc zabrać ulubieńca, lub chcąc mu oszczędzić stresu związanego z długą podróżą, sami znajdą odpowiedniego opiekuna, tymczasowe lokum lub wynajmą psi hotel. Ale do tego trzeba być świadomym, odpowiedzialnym właścicielem.
Nie każdemu chce się szukać informacji czy po prostu coś przeczytać. W dobie szeroko dostępnego internetu taka ignorancja zaskakuje mnie każdego dnia.
Niektórzy właściciele psów są jednak trochę zagubieni w gąszczu zalewających ich informacji. To być może ich pierwszy psiak, pierwszy rok ze zwierzakiem, nie do końca wiadomo, kogo słuchać, komu zaufać, na co się zdecydować.
Wiem, sama też przez to przechodziłam.
Dlatego naprawdę cieszę się, że są ludzie, którzy obok zwierząt, chcą pomagać również innym ludziom.
Daje to nadzieję, że naszego społeczeństwa nie ogarnęła doszczętnie znieczulica.
Łatwo jest potępiać. "Bo on trzyma psa na łańcuchu!", "A ona nie zabiera psa do weterynarza! Nawet go nie odrobaczyła!", "Ich koty mają świerzb, a oni nic z tym nie robią!"... Skrajne przypadki, mówiące o okrucieństwie wobec zwierząt, są nagłaśniane i piętnowane, ale i te świadczące o zaniedbaniach nie mogą liczyć na taryfę ulgową.
Nie twierdzę, że taka się należy. Ale może zamiast na hurra krzyczeć i kamieniować, warto najpierw porozmawiać? Uświadomić?
Niestety na ludzi w naszym kraju wciąż oddziałują echa przeszłości. Tak było z dziada pradziada to po co to zmieniać?
Szczególnie osoby dorosłe i starsze źle znoszą krytykę. Kiedy do czterdziestolatka podchodzi osiemnasto- czy dwudziestoletnia dziewczyna i próbuje mu wyjaśniać, że z psem powinien postępować trochę inaczej, ten wspomniany wyżej mężczyzna wyśmieje ją, albo co gorsza nawrzeszczy, że się "g*wniara" wtrąca w nie swoje sprawy.
Z dziećmi jest łatwiej. Są otwarte i ciekawe świata. I są naszą przyszłością, więc powinniśmy dawać im dobry przykład.
Jednak w tej szalonej misji ratowania wszystkich Burków i Mruczków musimy pamiętać, że nie wszystkich braci mniejszych da się uratować. Nie znaczy to, że mamy przechodzić obojętnie obok psiego nieszczęścia. Jednak jeśli, mimo naszych starań, nie uda się już naprawić tego, co zepsuł inny człowiek, powinniśmy umieć sobie wybaczyć.
Sama nie raz szalałam, szukając domów dla opuszczonych przez matkę kociąt czy przygarniając, co się da, pod swój dach. I nie raz płakałam, kiedy coś poszło nie tak, kiedy psie czy kocie maleństwo, tak bardzo zasługujące na miłość, nie przetrwało. Trzeba jednak obiektywnie oceniać własne możliwości. Jeżeli wiemy, że w tej chwili nasz dom osiągnął już maksimum znajd, na więcej po prostu nie możemy sobie pozwolić ani czasowo, ani finansowo, to zwyczajnie zmieniamy strategię. Skoro nie możemy zapewnić domu u siebie, szukamy go gdzie indziej. Wierzę, że dobrych ludzi jest więcej, niż tych złych, więc oddanie znajdy "w dobre ręce" nie jest takie trudne.
Życzę Wam powodzenia w zmienianiu świata. Jak to mówił Shrek do Osła: "Kroczek po kroczku i tylko nie patrz w dół". (;
Każdego dnia na takich portalach ludzie tworzą mnóstwo pro zwierzęcych ogłoszeń. Od tych najbardziej w moim odczuciu bezsensownych (w stylu 1 like = 1 zł ... bo kto niby te złotówki powypłaca? Hm?) po naprawdę przemyślane prośby pomocy lub propozycje wsparcia.
Dobrze, że znajdują się ludzie, którym los zwierzaków nie jest obojętny. Dobrze też, że nie pomija się w tym wszystkim również psich czy kocich opiekunów.
Ostatnio natrafiłam na świetną akcję prowadzoną przez psygarnij.pl pomagającą właścicielom znaleźć tymczasowe domy dla pociech, kiedy ci wybierają się na wakacje.
Oczywiście są ludzie, którzy lubią podróżować ze swoimi psiakami, szczególnie, że pies może towarzyszyć człowiekowi w coraz większej ilości miejsc publicznych (jak hotele czy restauracje).
Są i tacy, którzy, nie mogąc zabrać ulubieńca, lub chcąc mu oszczędzić stresu związanego z długą podróżą, sami znajdą odpowiedniego opiekuna, tymczasowe lokum lub wynajmą psi hotel. Ale do tego trzeba być świadomym, odpowiedzialnym właścicielem.
Nie każdemu chce się szukać informacji czy po prostu coś przeczytać. W dobie szeroko dostępnego internetu taka ignorancja zaskakuje mnie każdego dnia.
Niektórzy właściciele psów są jednak trochę zagubieni w gąszczu zalewających ich informacji. To być może ich pierwszy psiak, pierwszy rok ze zwierzakiem, nie do końca wiadomo, kogo słuchać, komu zaufać, na co się zdecydować.
Wiem, sama też przez to przechodziłam.
Dlatego naprawdę cieszę się, że są ludzie, którzy obok zwierząt, chcą pomagać również innym ludziom.
Daje to nadzieję, że naszego społeczeństwa nie ogarnęła doszczętnie znieczulica.
Łatwo jest potępiać. "Bo on trzyma psa na łańcuchu!", "A ona nie zabiera psa do weterynarza! Nawet go nie odrobaczyła!", "Ich koty mają świerzb, a oni nic z tym nie robią!"... Skrajne przypadki, mówiące o okrucieństwie wobec zwierząt, są nagłaśniane i piętnowane, ale i te świadczące o zaniedbaniach nie mogą liczyć na taryfę ulgową.
Nie twierdzę, że taka się należy. Ale może zamiast na hurra krzyczeć i kamieniować, warto najpierw porozmawiać? Uświadomić?
Niestety na ludzi w naszym kraju wciąż oddziałują echa przeszłości. Tak było z dziada pradziada to po co to zmieniać?
Szczególnie osoby dorosłe i starsze źle znoszą krytykę. Kiedy do czterdziestolatka podchodzi osiemnasto- czy dwudziestoletnia dziewczyna i próbuje mu wyjaśniać, że z psem powinien postępować trochę inaczej, ten wspomniany wyżej mężczyzna wyśmieje ją, albo co gorsza nawrzeszczy, że się "g*wniara" wtrąca w nie swoje sprawy.
Z dziećmi jest łatwiej. Są otwarte i ciekawe świata. I są naszą przyszłością, więc powinniśmy dawać im dobry przykład.
Jednak w tej szalonej misji ratowania wszystkich Burków i Mruczków musimy pamiętać, że nie wszystkich braci mniejszych da się uratować. Nie znaczy to, że mamy przechodzić obojętnie obok psiego nieszczęścia. Jednak jeśli, mimo naszych starań, nie uda się już naprawić tego, co zepsuł inny człowiek, powinniśmy umieć sobie wybaczyć.
Sama nie raz szalałam, szukając domów dla opuszczonych przez matkę kociąt czy przygarniając, co się da, pod swój dach. I nie raz płakałam, kiedy coś poszło nie tak, kiedy psie czy kocie maleństwo, tak bardzo zasługujące na miłość, nie przetrwało. Trzeba jednak obiektywnie oceniać własne możliwości. Jeżeli wiemy, że w tej chwili nasz dom osiągnął już maksimum znajd, na więcej po prostu nie możemy sobie pozwolić ani czasowo, ani finansowo, to zwyczajnie zmieniamy strategię. Skoro nie możemy zapewnić domu u siebie, szukamy go gdzie indziej. Wierzę, że dobrych ludzi jest więcej, niż tych złych, więc oddanie znajdy "w dobre ręce" nie jest takie trudne.
Życzę Wam powodzenia w zmienianiu świata. Jak to mówił Shrek do Osła: "Kroczek po kroczku i tylko nie patrz w dół". (;
czwartek, 18 kwietnia 2013
Przecinanie pępowiny...
Czas pędzi nieubłaganie. Tak pędził ostatnio, że nawet nie zauważyłam, kiedy zrobiła się taka przerwa w blogowaniu!
Jednak prawda jest taka, że w moim wypadku pisanie na siłę się zwyczajnie nie sprawdza. Źle się toto czyta, nic dobrego nie wnosi.
Życie pochłonęło mnie całkowicie, pozwalając jedynie cierpliwie czekać na świeży, wiosenny powiew weny.
Tak, moi mili, nareszcie wiosna! Nawet tu, w naszej górskiej miejscowości, więcej zieleni już, niż śniegu. Chociaż nadal spogląda gdzieniegdzie złym okiem jakaś zapomniana, kurcząca się zaspa.
Wiosna. Świat budzi się do życia. Nadszedł czas, w którym więcej się zaczyna, niż kończy.
Czas, w którym możemy poznać siebie na nowo. Spojrzeć na siebie w nowym świetle.
I jak tak na siebie patrzę, to wygląda na to, że będę piekielnie nadopiekuńczym rodzicem.
Odkąd przeprowadziliśmy się z mieściny gdzieś w centrum Śląska w te górskie okoliczności przyrody, nasza rodzinka powiększyła się. Wyjeżdżaliśmy z psem li i jedynie. A teraz? Toż to już porządne stado!
Postanowiliśmy wreszcie odwiedzić stare kąty, spotkać przyjaciół, rodzinę... Ale jak tu się do tego zabrać?
W moim rodzinnym mieszkanku bilans po naszym przyjeździe wynosiłby dwa psy i dwa koty. Na bardzo małej przestrzeni.
W Jego rodzinnym mieszkanku bilans ten zatrważający to już trzy psy i dwa koty.
A mieszkanie od wyżej wymienionego jeszcze mniejsze.
I trach - K. postanowił zrzucić na mnie tę straszliwą wiadomość!
Któregoś wieczoru rzekł: "A może pojedziemy bez kotów?".
Oczywiście to tylko pięć dni. I w pobliżu będzie ktoś, kto kociska nakarmi i sprzątnie kuwetę.
Ale to pięć dni, kiedy nie będę ich widzieć! Pięć dni, kiedy nikt ich nie przytuli, nie zasną z nikim w fotelu, drapane za uchem... Pięć dni, kiedy będę się zastanawiać, czy żyją, czy nie uciekły, jak sobie radzą...
O tak, wiem. Zdaję sobie sprawę, że brzmię jak nadopiekuńcza mamusia. Najwyższy czas przeciąć pępowinę.
Bogowie... Czy to zawsze jest takie trudne?
Jednak prawda jest taka, że w moim wypadku pisanie na siłę się zwyczajnie nie sprawdza. Źle się toto czyta, nic dobrego nie wnosi.
Życie pochłonęło mnie całkowicie, pozwalając jedynie cierpliwie czekać na świeży, wiosenny powiew weny.
Tak, moi mili, nareszcie wiosna! Nawet tu, w naszej górskiej miejscowości, więcej zieleni już, niż śniegu. Chociaż nadal spogląda gdzieniegdzie złym okiem jakaś zapomniana, kurcząca się zaspa.
Wiosna. Świat budzi się do życia. Nadszedł czas, w którym więcej się zaczyna, niż kończy.
Czas, w którym możemy poznać siebie na nowo. Spojrzeć na siebie w nowym świetle.
I jak tak na siebie patrzę, to wygląda na to, że będę piekielnie nadopiekuńczym rodzicem.
Odkąd przeprowadziliśmy się z mieściny gdzieś w centrum Śląska w te górskie okoliczności przyrody, nasza rodzinka powiększyła się. Wyjeżdżaliśmy z psem li i jedynie. A teraz? Toż to już porządne stado!
Postanowiliśmy wreszcie odwiedzić stare kąty, spotkać przyjaciół, rodzinę... Ale jak tu się do tego zabrać?
W moim rodzinnym mieszkanku bilans po naszym przyjeździe wynosiłby dwa psy i dwa koty. Na bardzo małej przestrzeni.
W Jego rodzinnym mieszkanku bilans ten zatrważający to już trzy psy i dwa koty.
A mieszkanie od wyżej wymienionego jeszcze mniejsze.
I trach - K. postanowił zrzucić na mnie tę straszliwą wiadomość!
Któregoś wieczoru rzekł: "A może pojedziemy bez kotów?".
Oczywiście to tylko pięć dni. I w pobliżu będzie ktoś, kto kociska nakarmi i sprzątnie kuwetę.
Ale to pięć dni, kiedy nie będę ich widzieć! Pięć dni, kiedy nikt ich nie przytuli, nie zasną z nikim w fotelu, drapane za uchem... Pięć dni, kiedy będę się zastanawiać, czy żyją, czy nie uciekły, jak sobie radzą...
O tak, wiem. Zdaję sobie sprawę, że brzmię jak nadopiekuńcza mamusia. Najwyższy czas przeciąć pępowinę.
Bogowie... Czy to zawsze jest takie trudne?
niedziela, 17 marca 2013
O praktyczności słów kilka.
M. lubi o sobie myśleć jako o kobiecie na wskroś praktycznej.
Czasem kłóci się to z byciem kobietą kobiecą, ale nie zawsze. Niektóre co bardziej zdolne istoty potrafią łączyć te dwa rodzaje bytowania, jednak nie jest to łatwe.
M. zatem jest przede wszystkim praktyczna. Przykład?
Jeżeli ma gdzieś iść na cały dzień (na zajęcia, do pracy, gdziekolwiek) nosi plecak. Nic to, że z jej wzrostem i aparycją jest przez to brana za dziewczątko gdzieś na początku licealnej drogi. Plecak jest po prostu bardziej praktyczny niż torebka. I bardziej pojemny. I nie skrzywia kręgosłupa, jeśli nosić go odpowiednio.
M. potrzebuje plecakowej pojemności głównie dlatego, że ma zawsze dwie czy trzy różne książki. M. czyta wszędzie. Idąc ulicą. Jadąc autobusem. Czekając w kolejce na poczcie. Po co marnować czas, skoro można czytać?
Innym objawem praktyczności M. jest strój domowy. Po przyjściu do domu należy przebrać się w jakieś wygodne dresowe spodnie, powyciągany t-shirt i klapki/kapcie/cokolwiek. M.przebiera się zaraz po wejściu do domu oraz na 5 minut przed wyjściem. Powód? Oczywiście koty.
A w szczególności jeden z nich: Tofik.
Jak przystało na pół main coona, wychowanego wśród psów i kotów wszelakich, Tofik uwielbia się przytulać. Przychodzi wtedy, mości się na kolanach i... Już wiesz, że przegrałeś. No bo jak nie głaskać, skoro można głaskać?
Kiedyś przed samym wyjściem okazało się nagle, że M. ma jeszcze godzinę. Zapomniała na powrót wdziać strój domowy. Tofik właśnie ten moment wybrał sobie na poranne przytulaski.
Po pół godziny takich pieszczot koszulka i spodnie były w stanie totalnego zasierścienia.
I tu praktyczna rada dla kociarzy, którzy mogą nie wiedzieć: z pomocą przyjdzie zawsze wilgotna rękawiczka z rodzaju tych gumowych jednorazówek. Sierść przykleja się do niej znakomicie.
Więc praktyczna M., jak na kobietę praktyczną przystało, w dwie minuty opanowała sytuację. Kot zadowolony, zestaw wyjściowy cały.
Niedawno świętowaliśmy 8 marca. Dzień Kobiet.
Na wysokości zadania stanął K., który przyniósł ciasto zamiast kwiatka. Praktycznie.
M. za ciętymi kwiatami nie przepada. Również doniczkowe do niej nie przemawiają. Najlepiej czuje się, kiedy ona jest w środku, a kwiatki na zewnątrz. Nie wchodzą sobie w drogę i można je podziwiać z daleka.
Jednak zawsze to miło, gdy ktoś o Tobie pamięta. Taki drobiazg, a poprawia humor.
Jednak dla M. i K. 8 dzień marca jest ważny z innego powodu. To właśnie tego dnia pięć lat temu w ich życie wkroczyła Fatum. Iskierka radości zmieniła zupełnie ich życie. W praktyce.
Wszystkiego najlepszego Fatum.
I Wszystkiego Zielonego dla Was z okazji Dnia Św. Patryka!
Jak mawiają Irlandczycy:
"Niech kochają nas ci, co nas kochają. A tym, co nas nie kochają, niech Bóg odmieni serce. A jeśli nie odmieni ich serca, niech im skręci kostkę, abyśmy ich poznali po kulawym chodzie!"
Czasem kłóci się to z byciem kobietą kobiecą, ale nie zawsze. Niektóre co bardziej zdolne istoty potrafią łączyć te dwa rodzaje bytowania, jednak nie jest to łatwe.
M. zatem jest przede wszystkim praktyczna. Przykład?
Jeżeli ma gdzieś iść na cały dzień (na zajęcia, do pracy, gdziekolwiek) nosi plecak. Nic to, że z jej wzrostem i aparycją jest przez to brana za dziewczątko gdzieś na początku licealnej drogi. Plecak jest po prostu bardziej praktyczny niż torebka. I bardziej pojemny. I nie skrzywia kręgosłupa, jeśli nosić go odpowiednio.
M. potrzebuje plecakowej pojemności głównie dlatego, że ma zawsze dwie czy trzy różne książki. M. czyta wszędzie. Idąc ulicą. Jadąc autobusem. Czekając w kolejce na poczcie. Po co marnować czas, skoro można czytać?
Innym objawem praktyczności M. jest strój domowy. Po przyjściu do domu należy przebrać się w jakieś wygodne dresowe spodnie, powyciągany t-shirt i klapki/kapcie/cokolwiek. M.przebiera się zaraz po wejściu do domu oraz na 5 minut przed wyjściem. Powód? Oczywiście koty.
A w szczególności jeden z nich: Tofik.
Jak przystało na pół main coona, wychowanego wśród psów i kotów wszelakich, Tofik uwielbia się przytulać. Przychodzi wtedy, mości się na kolanach i... Już wiesz, że przegrałeś. No bo jak nie głaskać, skoro można głaskać?
Kiedyś przed samym wyjściem okazało się nagle, że M. ma jeszcze godzinę. Zapomniała na powrót wdziać strój domowy. Tofik właśnie ten moment wybrał sobie na poranne przytulaski.
Po pół godziny takich pieszczot koszulka i spodnie były w stanie totalnego zasierścienia.
I tu praktyczna rada dla kociarzy, którzy mogą nie wiedzieć: z pomocą przyjdzie zawsze wilgotna rękawiczka z rodzaju tych gumowych jednorazówek. Sierść przykleja się do niej znakomicie.
Więc praktyczna M., jak na kobietę praktyczną przystało, w dwie minuty opanowała sytuację. Kot zadowolony, zestaw wyjściowy cały.
Niedawno świętowaliśmy 8 marca. Dzień Kobiet.
Na wysokości zadania stanął K., który przyniósł ciasto zamiast kwiatka. Praktycznie.
M. za ciętymi kwiatami nie przepada. Również doniczkowe do niej nie przemawiają. Najlepiej czuje się, kiedy ona jest w środku, a kwiatki na zewnątrz. Nie wchodzą sobie w drogę i można je podziwiać z daleka.
Jednak zawsze to miło, gdy ktoś o Tobie pamięta. Taki drobiazg, a poprawia humor.
Jednak dla M. i K. 8 dzień marca jest ważny z innego powodu. To właśnie tego dnia pięć lat temu w ich życie wkroczyła Fatum. Iskierka radości zmieniła zupełnie ich życie. W praktyce.
Wszystkiego najlepszego Fatum.
I Wszystkiego Zielonego dla Was z okazji Dnia Św. Patryka!
Jak mawiają Irlandczycy:
"Niech kochają nas ci, co nas kochają. A tym, co nas nie kochają, niech Bóg odmieni serce. A jeśli nie odmieni ich serca, niech im skręci kostkę, abyśmy ich poznali po kulawym chodzie!"
czwartek, 28 lutego 2013
Zbiór myśli wszelakich.
Kiedy w jednym miejscu zbierze się cała rodzina, zwierzęce stadko powiększa się. Póki co wszystkiego razem mamy: trzy psy i dwa koty.
Psy wybiegły przez otwartą bramę z ogrodu. Gdy tylko to zauważyłam, chciałam pobiec za nimi, a przez uchylone właśnie drzwi wymknął się kot. Gremlin.
Próba opanowania czterech żywiołów na raz skończyła się tym, że psy co prawda wróciły, ale kota nie znalazłam. Szukałam go, przeszłam całe nasze "miasto", zaglądałam do każdego ogrodu, w każdą uliczkę, w każde krzaki. Ruszyłam w góry. Szukałam, krzyczałam, w domu wyłam z rozpaczy. Jak znaleźć czarnego kota, który niczym się nie wyróżnia?
Ma nietypowy złotawy kolor oczu, ale kto to zauważy z odległości?
Dziesiątki, może nawet setki czarnych kotów błąkają się po okolicy, który to ten właściwy?
Minął dzień, tydzień, miesiąc, nie, straciłam rachubę, już nie wiem, zupełnie nie wiem ile czasu minęło. Szukam i szukam, wołam i płaczę, tak bardzo się bojąc, że już nigdy go nie zobaczę, że coś mu się stanie, że błąka się gdzieś, głodny, ranny...
I nagle budzę się. Leżę na boku, na mojej ręce Gremlin. Tulę go do siebie mocno, a on śpi w najlepsze, tuż przy mnie. Za plecami mam Tofika, a psa gdzieś w nogach pod kołdrą.
Jesteśmy razem. Wszyscy bezpieczni. Uff.
Nigdy, przenigdy nie śnił mi się straszniejszy sen, niż ten.
A skoro o czarnych kotach mowa, to czy jesteście przesądni? Większość ludzi, których znam, odpowie "nie". Jednak większość z tej wymienionej właśnie większości, na widok czarnego kota wyczynia przedziwna uliczne wygibasy, żeby tylko nie przebiegł im drogi.
Toteż pytam.
Ja na przykład nie mogę się powstrzymać od uśmiechu, gdy drogę przebiega mi czarny kot. Od razu w głowie pojawia się myśl: "oho! To będzie dobry dzień!". I zwykle właśnie taki jest. Więc może ja też jestem przesądna, tylko w drugą stronę? Ze mną to właśnie tak bywa - wszystko na opak.
Psy wybiegły przez otwartą bramę z ogrodu. Gdy tylko to zauważyłam, chciałam pobiec za nimi, a przez uchylone właśnie drzwi wymknął się kot. Gremlin.
Próba opanowania czterech żywiołów na raz skończyła się tym, że psy co prawda wróciły, ale kota nie znalazłam. Szukałam go, przeszłam całe nasze "miasto", zaglądałam do każdego ogrodu, w każdą uliczkę, w każde krzaki. Ruszyłam w góry. Szukałam, krzyczałam, w domu wyłam z rozpaczy. Jak znaleźć czarnego kota, który niczym się nie wyróżnia?
Ma nietypowy złotawy kolor oczu, ale kto to zauważy z odległości?
Dziesiątki, może nawet setki czarnych kotów błąkają się po okolicy, który to ten właściwy?
Minął dzień, tydzień, miesiąc, nie, straciłam rachubę, już nie wiem, zupełnie nie wiem ile czasu minęło. Szukam i szukam, wołam i płaczę, tak bardzo się bojąc, że już nigdy go nie zobaczę, że coś mu się stanie, że błąka się gdzieś, głodny, ranny...
I nagle budzę się. Leżę na boku, na mojej ręce Gremlin. Tulę go do siebie mocno, a on śpi w najlepsze, tuż przy mnie. Za plecami mam Tofika, a psa gdzieś w nogach pod kołdrą.
Jesteśmy razem. Wszyscy bezpieczni. Uff.
Nigdy, przenigdy nie śnił mi się straszniejszy sen, niż ten.
A skoro o czarnych kotach mowa, to czy jesteście przesądni? Większość ludzi, których znam, odpowie "nie". Jednak większość z tej wymienionej właśnie większości, na widok czarnego kota wyczynia przedziwna uliczne wygibasy, żeby tylko nie przebiegł im drogi.
Toteż pytam.
Ja na przykład nie mogę się powstrzymać od uśmiechu, gdy drogę przebiega mi czarny kot. Od razu w głowie pojawia się myśl: "oho! To będzie dobry dzień!". I zwykle właśnie taki jest. Więc może ja też jestem przesądna, tylko w drugą stronę? Ze mną to właśnie tak bywa - wszystko na opak.
sobota, 16 lutego 2013
Z okazji Światowego Dnia Kota
Z okazji zbliżającego się Światowego Dnia Kota życzę wszystkim kotom: miękkich posłań do spania, wielu rąk do głaskania, własnego człowieka(lub dwóch) do kochania i przyjaciół do brykania. W końcu w każdym kocie drzemie odrobina Tygrysa - równie dobrze może to być Tygrys z Kubusia Puchatka (; .
Od ostatniego wpisu towarzyszyło mi mnóstwo myśli i wątpliwości, o czym powinnam napisać tym razem. Może więc czas przedstawić nasze domowe stadko.
Dzięki Rev mogliście już je zobaczyć - Tofika, co to zawsze chce się tulić i brykać, na Fatum, która niewzruszenie drzemie, kocie psotki mając za nic, oraz Gremlina, przedstawionego pokrótce w poprzedniej notce.
Fatum to suczka, mix kundliszcza z dalmatyńczykiem, co zdradza jedynie biała krawatka usiana czarnymi kropkami. Jest niewielkim pieskiem, pełnym radości i miłości do całego świata. Jednak początki, jak już ustaliliśmy, zwykle są trudne. Mój młodszy brat przyniósł ją kiedyś do domu, ot, by pokazać kruszynkę. Kilka obgryzionych książek, beztroskich wycieczek w świat i jednej zdewastowanej ramie łóżka później wszystko jest już pod kontrolą. Mniej więcej. Nigdy nie denerwowałam się jakoś szczególnie zniszczeniami, w końcu - cóż, to tylko rzeczy. A odkąd nauczyła się, że warto swoich człowieków pilnować, bo oni tacy nieporadni i w ogóle jacyś zagubieni, bez psa sobie nie poradzą, to już w ogóle nie ma na co narzekać.
Nie bez znaczenia pozostaje jednak ważna cecha Fatum - umiłowanie świata. Próbowała bawić się z wszelkimi napotkanymi kotami, żabami, z salamandrą plamistą a nawet jastrzębiem. Zatem zdecydowaliśmy - potrzebujemy kota!
Po ustaleniu, że to zdecydowanie kocur być musi i basta, okazało się, że niedaleko okociła się oswojona, ale wychodząca kotka.
Po pół godzinie tulenia biało-czarnego kociaka, mówienia do niego i zachwycania się, padło ważne zdanie "teraz musimy tylko wymyślić, jak go nazwać!". Jednak mówiąc to, akurat spojrzałam na innego kota. Zupełnie czarnego, z nietypowym pyszczkiem. "Zobacz! Ten to ma pyszczek, jak Gremlin!". I koniec. Wytulony i wygłaskany kociak wrócił do mamusi, a po upewnieniu się, że nazwany Gremlinem jegomość to faktycznie jegomość - stało się. Mieliśmy kota. Była to miłość od pierwszego wejrzenia.
Pies z kotem zrozumiał się świetnie, choć na początku dla małego kociaka to była spora zmiana. Zniósł ją dzielnie. Okazał się przyjaznym kompanem, ale z charakterem. Na wiele rzeczy jest w stanie pozwolić nam, jako opiekunom, jednak nie raz byliśmy świadkami spektakularnych policzków, jakie wymierzał niechcianym akurat adoratorom. Na szczęście Gremlin to gentelman i obywało się bez pazurów. Zazwyczaj.
Tofik trafił do nas zupełnie przypadkowo. I choć po mamie są z Gremlinem braćmi, to ojcem Tofika musiał być Main Coon. Jak na (pół) Main Coona przystało, Tofik na czole ma "M", a charakter na wpół psi. Na przykład przychodzi na wołanie - a jeżeli akurat śpi, na wołanie zawsze chętnie odpowie jego ogon. Jest najbardziej przytulaśnym kotem, jakiego w życiu widziałam. Jest również najbardziej liniejącym kotem, jakiego w życiu widziałam. Ale spokojnie - zbyt wielu to ja ich na żywo nie spotkałam, autorytetem nie jestem.
Tofik miał kochających właścicieli, którzy mieszkali w domku z ogrodem i pozwalali kotom biegać, gdzie kocia dusza zapragnie. Wiele kotów zginęło pod kołami na pobliskiej drodze, inne zostały porwane przez jastrzębie, czy też zwyczajnie z ufnością im tylko właściwą, wskakiwały do otwartych samochodów i odjeżdżały w siną dal z obcymi ludźmi. Takie to już było stadko.
Któregoś dnia Tofik również zniknął. Opłakany przez rodzinę i przyjaciół, wrócił kilka dni później. Wychudzony i przestraszony. Potrzebował dużo więcej uwagi, niż jego ówcześni właściciele mogli mu poświęcić, więc po krótkiej acz burzliwej rozmowie, przygarnęliśmy go.
Krótka i burzliwa rozmowa wyglądała następująco:
M: Mężu, a może byśmy wzięli Toficzka?
K: Żono, uduszę Cię...
M: Ależ za co tym razem?
K: Pomyślałem sobie, że jeśli nie zapytasz, to Ci nie powiem, że o tym myślę, ale jak to sama zaproponujesz, to go przygarniemy...
Obyło się bez duszenia.
Po niełatwych dwóch tygodniach przystosowawczych stadko przyjęło do wiadomości, że wygląda jak wygląda i tak już zostanie. Fatum nic sobie nie robiła z pojawienia się kolejnego kociska, ale Gremlin odczuł to jak osobistą obrazę.
Wszystko już między nimi w porządku. A z poprzednimi opiekunami Tofika wciąż się widujemy, oczywiście odwiedzamy ich z kotem (: .
Na domowe stadko składają się jeszcze dwa człowieki:
M - żona oraz K - mąż. Nad nimi nie będziemy się rozwodzić jakoś szczególnie, w końcu to nie o nich ma być blog (; .
P.S.
Lubię słowo człowieki. Wiem, że jest niepoprawne gramatycznie. Ale to jedno niepoprawne słowo można przełknąć.
Dziękujemy pięknie Rev, która stworzyła obraz, plakat, ikonę, cokolwiektobyćmoże, spoczywający u góry bloga i dający Wam pojęcie, o czym w ogóle mowa. Idealnie oddaje charaktery psotków. Ano właśnie, bo pies i dwa kotki to psotki. Tak, gdybyście nie wiedzieli (;
Od ostatniego wpisu towarzyszyło mi mnóstwo myśli i wątpliwości, o czym powinnam napisać tym razem. Może więc czas przedstawić nasze domowe stadko.
Dzięki Rev mogliście już je zobaczyć - Tofika, co to zawsze chce się tulić i brykać, na Fatum, która niewzruszenie drzemie, kocie psotki mając za nic, oraz Gremlina, przedstawionego pokrótce w poprzedniej notce.
Fatum to suczka, mix kundliszcza z dalmatyńczykiem, co zdradza jedynie biała krawatka usiana czarnymi kropkami. Jest niewielkim pieskiem, pełnym radości i miłości do całego świata. Jednak początki, jak już ustaliliśmy, zwykle są trudne. Mój młodszy brat przyniósł ją kiedyś do domu, ot, by pokazać kruszynkę. Kilka obgryzionych książek, beztroskich wycieczek w świat i jednej zdewastowanej ramie łóżka później wszystko jest już pod kontrolą. Mniej więcej. Nigdy nie denerwowałam się jakoś szczególnie zniszczeniami, w końcu - cóż, to tylko rzeczy. A odkąd nauczyła się, że warto swoich człowieków pilnować, bo oni tacy nieporadni i w ogóle jacyś zagubieni, bez psa sobie nie poradzą, to już w ogóle nie ma na co narzekać.
Nie bez znaczenia pozostaje jednak ważna cecha Fatum - umiłowanie świata. Próbowała bawić się z wszelkimi napotkanymi kotami, żabami, z salamandrą plamistą a nawet jastrzębiem. Zatem zdecydowaliśmy - potrzebujemy kota!
Po ustaleniu, że to zdecydowanie kocur być musi i basta, okazało się, że niedaleko okociła się oswojona, ale wychodząca kotka.
Po pół godzinie tulenia biało-czarnego kociaka, mówienia do niego i zachwycania się, padło ważne zdanie "teraz musimy tylko wymyślić, jak go nazwać!". Jednak mówiąc to, akurat spojrzałam na innego kota. Zupełnie czarnego, z nietypowym pyszczkiem. "Zobacz! Ten to ma pyszczek, jak Gremlin!". I koniec. Wytulony i wygłaskany kociak wrócił do mamusi, a po upewnieniu się, że nazwany Gremlinem jegomość to faktycznie jegomość - stało się. Mieliśmy kota. Była to miłość od pierwszego wejrzenia.
Pies z kotem zrozumiał się świetnie, choć na początku dla małego kociaka to była spora zmiana. Zniósł ją dzielnie. Okazał się przyjaznym kompanem, ale z charakterem. Na wiele rzeczy jest w stanie pozwolić nam, jako opiekunom, jednak nie raz byliśmy świadkami spektakularnych policzków, jakie wymierzał niechcianym akurat adoratorom. Na szczęście Gremlin to gentelman i obywało się bez pazurów. Zazwyczaj.
Tofik trafił do nas zupełnie przypadkowo. I choć po mamie są z Gremlinem braćmi, to ojcem Tofika musiał być Main Coon. Jak na (pół) Main Coona przystało, Tofik na czole ma "M", a charakter na wpół psi. Na przykład przychodzi na wołanie - a jeżeli akurat śpi, na wołanie zawsze chętnie odpowie jego ogon. Jest najbardziej przytulaśnym kotem, jakiego w życiu widziałam. Jest również najbardziej liniejącym kotem, jakiego w życiu widziałam. Ale spokojnie - zbyt wielu to ja ich na żywo nie spotkałam, autorytetem nie jestem.
Tofik miał kochających właścicieli, którzy mieszkali w domku z ogrodem i pozwalali kotom biegać, gdzie kocia dusza zapragnie. Wiele kotów zginęło pod kołami na pobliskiej drodze, inne zostały porwane przez jastrzębie, czy też zwyczajnie z ufnością im tylko właściwą, wskakiwały do otwartych samochodów i odjeżdżały w siną dal z obcymi ludźmi. Takie to już było stadko.
Któregoś dnia Tofik również zniknął. Opłakany przez rodzinę i przyjaciół, wrócił kilka dni później. Wychudzony i przestraszony. Potrzebował dużo więcej uwagi, niż jego ówcześni właściciele mogli mu poświęcić, więc po krótkiej acz burzliwej rozmowie, przygarnęliśmy go.
Krótka i burzliwa rozmowa wyglądała następująco:
M: Mężu, a może byśmy wzięli Toficzka?
K: Żono, uduszę Cię...
M: Ależ za co tym razem?
K: Pomyślałem sobie, że jeśli nie zapytasz, to Ci nie powiem, że o tym myślę, ale jak to sama zaproponujesz, to go przygarniemy...
Obyło się bez duszenia.
Po niełatwych dwóch tygodniach przystosowawczych stadko przyjęło do wiadomości, że wygląda jak wygląda i tak już zostanie. Fatum nic sobie nie robiła z pojawienia się kolejnego kociska, ale Gremlin odczuł to jak osobistą obrazę.
Wszystko już między nimi w porządku. A z poprzednimi opiekunami Tofika wciąż się widujemy, oczywiście odwiedzamy ich z kotem (: .
Na domowe stadko składają się jeszcze dwa człowieki:
M - żona oraz K - mąż. Nad nimi nie będziemy się rozwodzić jakoś szczególnie, w końcu to nie o nich ma być blog (; .
P.S.
Lubię słowo człowieki. Wiem, że jest niepoprawne gramatycznie. Ale to jedno niepoprawne słowo można przełknąć.
Dziękujemy pięknie Rev, która stworzyła obraz, plakat, ikonę, cokolwiektobyćmoże, spoczywający u góry bloga i dający Wam pojęcie, o czym w ogóle mowa. Idealnie oddaje charaktery psotków. Ano właśnie, bo pies i dwa kotki to psotki. Tak, gdybyście nie wiedzieli (;
poniedziałek, 4 lutego 2013
Początki - te, co to zwykle są trudne.
"A jak już jesteśmy przy ochronie, to ja dam ci
podarek. Kotka. Będziesz go karmił, czesał i codziennie głaskał, bo kotek to
bardzo lubi. Za to jak ktoś przyjdzie ciemną nocką, żeby ci poderżnąć gardło,
to kotek go zeżre."
Ten cytat moim zdaniem całkowicie oddaje kocią naturę. W dużym
uproszczeniu, jednak całkowicie.
Długo bałam się wszelakich strachów spod łóżka.
Szczególnie po pewnym cezarowym eksperymencie. Zniknęły po pojawieniu się w
naszym domu pierwszego kota.
Puszysty, czarny awatar destrukcji trafił do nas w
sposób przypadkowy, o czym być może opowiem kiedy indziej.
Wraz z jego przybyciem zdałam sobie sprawę, że jeżeli
cokolwiek żyło pod jakimkolwiek łóżkiem, zostało najpewniej upolowane,
rozdrapane i w końcu zrzucone z wysokości. Tak, wiem. Poziom pod łóżkiem to
poziom podłogi, nie ma tam żadnej wysokości. Musicie mi jednak uwierzyć -
Gremlin jest mistrzem w zrzucaniu wszystkiego zewsząd, więc na pewno i to by mu
się udało. Lubi obserwować, jak coś spada. Odnalazłby się jako sędzia na
zawodach skoków narciarskich, jak przypuszczam.
Czasem najlepszym sposobem na własne życie jest
podzielenie się nim z innymi.
Kociarze bardzo wiele potrafią znieść i "zwykli
śmiertelnicy" nieraz pukają się w czoło z powątpiewaniem.
Bo jak to tak? Kot chodzi po meblach, po stole nawet?
Jakże to, kot śpi na fotelu, który właśnie miałeś zająć, więc zamiast go
obudzić z pokorą idziesz po krzesło? Dlaczego nie masz żadnych ozdób, figurek z
podróży - że co? Że kot zrzuca, więc wszystko gdzieś chowasz? Chyba kpisz!
Ponoć kocią sierść można znaleźć w mieszkaniu kociarza
w jeszcze zamkniętym mleku.
My ostatnio znaleźliśmy w zamarzniętej kostce lodu.
Ale przecież to niewielka cena za to, że kot
przyjdzie, siądzie Ci na kolanach i poprosi "pogłaszcz mnie!". To
niewielka cena za to, że w razie potrzeby możesz go zawsze podnieść, a on to
znosi bez szemrania. I kiedy zasypia obok Ciebie, na Twoich nogach czy… no, nie
czarujmy, czasem zasypia nawet na twarzy… I kiedy możesz go dotknąć podczas
snu, a on tylko zamruczy, czując się bezpiecznie… Wtedy, właśnie wtedy to jest
najpiękniejszy z momentów. W swoich rękach masz czyjeś istnienie. Opiekujesz
się stworzeniem, które ma własną osobowość, potrzeby, humory. Darzy Cię pełnym
zaufaniem. Kocha.
Właśnie po to są koty – żeby je kochać. I żeby w
zamian broniły nas wszystkich przed strachami spod łóżka, czy zmorami, które
zamieszkują łazienki w te noce, po oglądaniu horrorów. O.
P.S.
P.S.
Wiem, jest chaotycznie. Ale to się pewnie nie zmieni
(; . W każdym razie właśnie takie przemyślenia pchnęły mnie do założenia bloga.
Tematyka będzie ogólnie zwierzęca, choć czasem może zbaczać na inne tory.
Dziękuję za uwagę.
Dziękuję za uwagę.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)

